Zajmuję się ostatnio medytacją. Wracam do niej co jakiś czas, gdy czuję się zmęczona podróżą, gdy chcę odpocząć. Wracam do domu, do swej pierwotnej natury, może takiej, którą miałam tuż po narodzinach, gdy jeszcze nikt nie trenował mojego umysłu, nie warunkował mnie. Nie wiem, czemu nie potrafię utrzymać się w medytacji dłużej, tzn przerywam ją po jakimś czasie, choć mam pozytywne efekty. Życie, sprawy codzienne, ta ciągła walka mnie porywają, hipnotyzują. Zapominam, kim, a raczej czym tak naprawdę jestem. Aż w końcu cierpienie wzmaga się na tyle, że mówię dość, już nie chcę - musi być inny sposób na życie. Wtedy kładę się na łóżku (bo medytuję w pozycji leżącej ze względu na słabe mięśnie kręgosłupa), zamykam oczy i próbuję przyjąć pozycję obserwatora - świadka swoich myśli i doznań fizycznych (emocji). Pozwalam myślom płynąć, nie zatrzymując ich, ani się na nie nie złoszcząc, że przychodzą nieproszone zakłócając mój spokój. Po jakimś czasie doznaję ciszy, stanu pustki, wolności, piękna, przestrzeni, jakbym była w swoim ciele i jednocześnie we wszystkim. Nie wiem, jak to opisać.
Moim nauczycielem jest Mooji, wirtualnym póki co. Jego filmiki z satsangów bardzo do mnie przemawiają. Uwielbiam go. Ma takie ciepłe spojrzenie. Bardzo żałuję, że nie mogłam być na spotkaniu z nim w Polsce. Tu link do sympatyków Mooji'ego w Polsce: mooji.pl
A na satsangach z Mooji'm czasem śpiewa pewna wyjątkowa kobieta. To moja ulubiona piosenka:
"This life is... This life is... This life is a dream. This life is a dream. It'll be over in the blink of an eye. Remember who you are. Remember what you are. Whose life is this? Whose hands are these? Whose voice is this? What am I? This life is just a dream. It will be over in the blink of an eye. Remember who you are. Remember what you are. Remember who you are. Om Gan Ganapataye Namaha. This life is beautiful. This life is horrible. This life is wonderful. And this life is just a dream... A dream made of love. Remember who you are. Remember what you are. Remember who you are. Remember... You are before. Before these questions. Before an answer. Remember... You are before. Before everything..."
A teraz dopadła mnie depresja. Może popsychotyczna, a może dawka leku jest za duża jak dla mnie. Nic mi się nie chce robić, jest apatia i brak zaciekawienia życiem. Długo śpię w nocy (10 godzin), a w dzień jeszcze dosypiam ze 2 godziny. Jak nie śpię, to leżę i słucham muzyki, 3/4 dnia spędzam na leżąco.
Urojeń już chyba nie mam, Z-1 dała mi spokój, nikt o mnie nie mówi, nikt się mną nie interesuje, co jest odrobinę bolesne, bo czuję się nieważna i nikomu niepotrzebna.
Dalej chodzę na fitness 3 razy w tygodniu. Na weekendy jeżdżę do rodziców. Na te treningi nie bardzo chce mi się już chodzić. Nie mam power'a, jaki towarzyszył mi w psychozie, ale widzę, że robię postępy. Ciało mam już bardziej rozciągnięte, jestem silniejsza i bardziej wytrzymała.
Z terapeutą przedwczoraj spotkałam się na skypie. Właściwie dał mi się tylko wygadać, prawie nic nie dodając do wątków, które poruszałam. Pewnie, chciałabym, by mnie zaskakiwał, by mówił takie rzeczy na mój temat, które potem musiałabym trawić tygodniami. Wtedy czułabym, że się rozwijam, że robię postępy. Ale dobre i to. Mogłam się wygadać w atmosferze zrozumienia i troski o moje dobro. To też się liczy. Terapeuta powiedział, że niedługo będziemy już mogli spotykać się na żywo, bo będzie miał więcej czasu.
Like a bird on the wire, Like a drunk in a midnight choir I have tried in my way to be free
Tak, starałam się i staram na swój sposób być wolna. Pierwszy raz usłyszałam ten utwór na warsztatach psychodramy u mojego terapeuty, jakieś 14 lat temu. Piękna piosenka, jak i głos Jennifer.
Dziś miałam wielki dzień. Po raz pierwszy od 2-3 miesięcy spotkałam się na żywo z terapeutą. Przywitał mnie bardzo ciepło, poczęstował herbatą i zasiedliśmy do rozmowy.
Przed spotkaniem poczułam lekki niepokój, bo z zza zamkniętych drzwi od pokoju pracowników ośrodka usłyszałam głos terapeuty: "Przyszła do mnie Ewa X (moje nazwisko). Znamy się 16 lat (potem policzyłam i faktycznie)..." Dalej nie zrozumiałam, bo jego głos konspiracyjnie się ściszył. Oczywiście pomyślałam: "O kurde, obgaduje mnie". Byłam ciekawa, co o mnie mówił. Może: "Przyszła do mnie Ewa X. Znamy się 16 lat. To najważniejsza osoba w naszym województwie. Wszyscy o niej mówią na ulicach, a nawet tvn24 się nią zainteresował. Musimy się postarać, by było jej u nas dobrze" ;) Dobra, może zbyt narcystycznie, ale lepsze to niż np. "Przyszła do mnie Ewa X. Znamy się 16 lat. Ma nierówno pod sufitem. Jest tak świrnięta, że bardziej nie można. Musimy uważać, bo wyskoczy przez okno." No kurcze, co ten terapeuta o mnie mówił? W tym momencie było to dla mnie bardzo ważne i byłam pewna, że poruszę ten temat na spotkaniu. Ale potem dużo się działo i zapomniałam.
Rozmawialiśmy trochę o moim samopoczuciu, trochę żartowaliśmy. Ogólnie było fajnie. Miło było zobaczyć terapeutę i to w dobrej formie, bo na naszych skype'owych spotkaniach jest już bardzo zmęczony po całym dniu pracy (rozmawiamy późnym wieczorem). Być może pójdę w maju na terapię grupową do niego. Powiedział, że przyjmie mnie bardzo chętnie, bo jako osoba z tak dużym doświadczeniem w psychoterapii mogłabym korzystnie działać na grupę. Ale chyba nie oczekuje cudów jeśli chodzi o poprawę mojego stanu zdrowia. Raczej traktuje to jako intensywny pobyt wśród ludzi. Wychodzi z założenia, że ja już wszystko wiem o sobie. Nie podoba mi się to. Obawiam się, że na tej grupie może mnie traktować po macoszemu, tzn. nic mi nie będzie miał do powiedzenia, a ja to potraktuję jako olewanie mnie i lekceważenie.
Podróż zniosłam dobrze, z wyjątkiem momentu, gdy samochód stojący nieopodal przystanku autobusowego, nagle ruszył z piskiem opon. Pomyślałam, że to Z-1. No i jacyś bezdomni przyczepili się do mnie, bym im dała papierosa, bo widzieli dym, który puszczałam. Nie rozumieli, gdy im tłumaczyłam, że mam tylko elektronicznego papierosa i tylko jeden ustnik.
Znowu dostałam mail z reklamą, tym razem zatytułowany "Widzowie czekają na Twój spektakl". Przedwczoraj bałam się pójść na trening, żeby nie zrobić przedstawienia. Było ryzyko, że zareaguję na urojenia lub halucynacje i zrobię wokół siebie niezdrową atmosferę. Właściwie to kolega mnie tak nastraszył i odradzał mi to wyjście z domu. Ale zadzwoniłam do terapeuty i on powiedział, że mogę pójść, pod warunkiem, że dam sobie możliwość opuszczenia sali, gdyby zaczęło się coś dziać. Na treningu miałam halucynacje. Z głośników dobiegała muzyka, a w tle przez kilka minut słyszałam szepty. Ale nie uznałam sytuacji za niebezpieczną. Czułam lęk, ale też kontrolę nad tymi doznaniami. Wytrwałam do końca i jestem zadowolona. W sumie to chyba nie jestem w psychozie, bo daję sobie ze wszystkim radę. Terapeuta prosił, bym zadzwoniła do niego jeszcze raz po treningu. Gdy zdałam mu relację z przebiegu spotkania, powiedział, że jest dumny, że zna taką osobę jak ja, że jest wniebowzięty, jak dobrze sobie radzę. Nasłuchałam się tych pochwał i serce mi rosło. I jak tu nie czuć się wielkościowo ;) W sumie czytam teraz książkę o narcyzmie Lowena i tam jest napisane, że schizofrenia jest najwyższym przejawem narcyzmu. Muszę się uważać za bardzo ważna osobę (terapeuta często mi to "wytyka"), skoro wszyscy o mnie mówią, tworzą tajne organizacje, by mnie prześladować i inne, by mnie chronić. Przedwczoraj miałam nawet taką dziwną sytuację. Szłam ulicą i usłyszałam, że ktoś coś mówi przez megafon. Nie wiem, czy to były halucynacje, czy rzeczywiście tak było, w każdym bądź razie nie widziałam źródła tych dźwięków. Nie mogłam zrozumieć, o czym mówią, ale zinterpretowałam to tak, że ogłaszają przez megafon, że ja właśnie idę ulicą, po to, by ludzie ustępowali mi z drogi i oddawali cześć. Ble, szczyt narcyzmu. Ale taka ta choroba jest. Gdy mi szajba odbija, staję się megalomanem, a w czasach remisji mam zaniżone poczucie własnej wartości.
Ogólnie czuję się coraz spokojniej. Muszę poleżeć lub przespać się w czasie dnia, by jakoś funkcjonować. Chyba zwiększona dawka solianu tak działa. Halucynacje wczoraj miałam tylko raz, a dziś na razie wcale. Zaczynam też na nowo interesować się tym, co zawsze - komputerem, tabletem multimedialnym, który mam od niedawna, muzyką.
Z braniem leków radzę sobie w ten sposób, że ignoruję napływające myśli, że to trucizna. Nawet jeśli to faktycznie niebezpieczny preparat, działa bardzo wolno i nie umrę od razu. A nawet jak umarłabym, to może i lepiej. Tak mi ciężko w tym życiu, chciałabym już odpocząć.
Dziś nie miałam treningów, więc postanowiłam pójść na spacer. Niestety po kilkudziesięciu krokach wróciłam do domu z powodu niepokoju. Sądziłam, że jestem obserwowana, może nawet śledzona. Źle się czuję. Nic mi się nie chce robić, nawet siedzieć przy komputerze. Nie mogę się skupić na czytaniu. Ciągle myślę i analizuję sytuację. Jestem już tym zmęczona.
Zadzwoniłam do terapeuty. Powiedział, że dobrze zrobiłam kontaktując się z nim i chciał, żebyśmy się zdzwonili jeszcze raz po kilku godzinach. Tak też zrobiliśmy. Uważa, że jestem w złym stanie i mogę trafić do szpitala. Mam brać 400mg solianu na razie, a może nawet więcej jeśli do poniedziałku się nie poprawi. Powiedziałam mu, że postaram się brać leki, choć sądzę, że to trucizna, ale to go nie uspokoiło. Chciał, bym powiedziała, że na pewno będę brać leki. Dałam mu słowo, choć nie prosił mnie o to wprost, a zawsze dotrzymuję obietnic w ważnych sprawach. Potem się tego przestraszyłam, ale jest jak jest. Muszę brać solian, teraz już nie mam wyjścia. Terapeuta twierdzi, że ta sprawa z lekami to urojenia i prosił, bym mu zaufała.
Po tabletce solianu poczułam się zmęczona. Położyłam się i po chwili usłyszałam, jak na ulicy o mnie rozmawiają ściszonym głosem. Nie wiem, jak mogłam słyszeć szepty dochodzące z ulicy, ale tak to było. Wyjrzałam przez okno na osiedlową uliczkę - nikogo tam nie dostrzegłam. Terapeuta powiedział, że mam już halucynacje. Podobne ciche rozmowy na mój temat usłyszałam później zza ściany, dochodzące od sąsiadów. Przypomina mi to pierwszy epizod chorobowy, gdy w szpitalu nie mogłam spać, bo na korytarzu strasznie dyskutowali na mój temat. Oczywiście, gdy wstawałam z łóżka i wyglądałam z sali, korytarz był pusty. Może to faktycznie choroba.
Teraz mi się przypomniało, że w dzieciństwie rodzice o mnie szeptali w sąsiednim pokoju, gdy byli ze mnie niezadowoleni, a zdarzało się to bardzo często. Były to obraźliwe teksty. Potem byłam przewrażliwiona na punkcie szeptów, choć często się okazywało, że nie były na mój temat. Może stąd te doznania teraz.
Mama jest już w domu po zabiegu. Lepiej się czuje, więc zaryzykowałam i powiedziałam, że mam problemy. Wcześniej nie chciałam jej martwić. Gdy powiedziałam, że uważam, że leki to trucizna i mam trudności z ich braniem, zareagowała swoim: "Nie rób mi tego". Tak, na złość jej to robię chyba w jej mniemaniu. Rozzłościłam się. Stwierdziłam, że sprawa jest już zamknięta i biorę leki. Rozmowa z rodzicami na temat spraw związanych z chorobą i leczeniem bardziej mi szkodzi niż pomaga.
Wczoraj dostałam maile z reklamami. Jeden zatytułowany "Mówią o Tobie" i drugi "Popełniasz wielki błąd". Potwierdzają się moje przekonania. W tvn24 nawijają o mnie od rana. Zastanawiam się, o co chodzi z tym błędem. Czy wychodzenie z domu jest błędem? Czy coś mi grozi?
Dziś odstawiłam leki. Uważam, że to trucizna podawana mi przez Z-1. Drżą mi po nich mięśnie podczas wysiłku. Wstydzę się na zajęciach fitness, a zależy mi, by dobrze wypaść.
Mama dziś miała operację. Jest już przytomna, ale bardzo osłabiona, niezdolna do życia.
Wczoraj długo nie mogłam zasnąć, choć byłam zmęczona. Udało się to dopiero ok. 2 w nocy. Byłam pobudzona i trochę depresyjna. Martwiłam się mamą i przebiegiem ostatniej psychoterapii. Byłam zła na siebie, że zawsze coś schrzanię w relacji z terapeutą, choć on zapewniał mnie, że jego reakcja nie miała nic wspólnego ze mną, że tak samo by się rozzłościł na kogokolwiek innego, łącznie z jego dziećmi, że niechcący oparłam się o przycisk, na którym było napisane "wybuch". Współczuję mu, że ma tak dużo pracy. Pewnie chciałby poświęcić mi więcej uwagi, ale zwyczajnie nie ma czasu nawet - za przeproszeniem - pierdnąć.
To właśnie tej nocy przyszło mi do głowy, że preparat, który biorę, to trucizna, że prawdopodobnie podmieniają solian w aptece na jakieś gówno, które mnie doprowadza do obłędu. Ogólnie solian oceniam jako bardzo dobry lek, ale ja prawdopodobnie biorę coś innego. I dziś już nie wzięłam tabletki. Boję się takiej decyzji, z pewnością nie będzie zaakceptowana przez moje najbliższe otoczenie, które będzie mi wmawiać, że żadnej podmiany leku nie było. Ale ja myślę inaczej. Chodzi o moje życie i zdrowie. Czuję, że nie mam wyboru.
Po dzisiejszej psychoterapii na skypie mam mieszane odczucia. Z jednej strony dostałam dużo wsparcia i pochwał za moje uspołecznianie się i wychodzenie z domu, z drugiej - na koniec - terapeuta wpadł w dziwny stan złości, gdy zapytałam go czy nie moglibyśmy spotykać się częściej. Przeprosił mnie za to tłumacząc, że jest przemęczony, pracuje po kilkanaście godzin dziennie i z trudem znajduje czas dla mnie i innych pacjentów indywidualnych (ale go znajduje). No i tvn24 miało rację. Mówili niedawno o silnym wietrze. Dla mnie to znaczy, że zapowiada się kłótnia, jakaś wrogość ze strony otoczenia, konflikt. I stało się tak, jak przepowiadali. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Zupełnie się nie spodziewałam, że zwykłe pytanie, zadane przyjaznym tonem głosu, wywoła taką aferę, tym bardziej że wcześniej spotkanie przebiegało w wyjątkowo przyjaznej atmosferze. Czułam się trochę jak dziecko w obliczu nieobliczalnego rodzica. Skąd ja to znam... Byłam przerażona i chciało mi się płakać z bezsilności.
W poniedziałek mamy się spotkać na żywo. Terapeuta jakoś mnie wcisnął w swój grafik.
Dostałam od Was dużo wiadomości na GG lub próśb o kontakt w przeciągu ostatnich 2 miesięcy. Sorry, ze nie odpowiadałam, jakoś tak albo nie było mnie przy kompie, albo nie mogłam się zmobilizować, by odpowiedzieć później. Wiem, że to nieładnie itd. Mam nadzieję, że zrozumiecie. Nie jest mi łatwo. Ale od teraz postanawiam odpowiadać na większość wiadomości GG i mailowych, oczywiście w ramach moich możliwości, więc zapraszam do kontaktu, o ile jesteście osobami życzliwymi i nie chcecie mnie obrażać.
Zapisałam się wczoraj na zajęcia w klubie fitness. To takie połączenie tai chi, jogi, stretchingu i pilatesu, chyba też jest w tym odrobinę tańca. Bardzo mi się podobało, choć niezły wycisk sobie dałam. Cieszę się, że się zdobyłam na to wyjście, bo kilka godzin wcześniej miałam silne lęki, że Z-1 planuje mnie zabić. Chyba zauroczyłam się w instruktorze, mimo że z twarzy nie przypadł mi do gustu. Za to jego ciało! Bajka. Taki wygimnastykowany, sprężysty, gibki, umięśniony, porusza się jakby płynął. Potrafi też stworzyć kapitalną atmosferę w czasie ćwiczeń, aż serce się rwie do wysiłku. U mnie to bardzo typowe, że zakochuję się w mężczyznach, których podziwiam. Zapisałam się na miesiąc, 3 razy w tygodniu.
O MNIE:
Choruję od wielu lat, pierwszy kryzys nastąpił w czasie studiów. Miewałam różne diagnozy psychiatryczne, które mniej więcej to samo znaczą: zaburzenia urojeniowe, zespół paranoidalny, schizofrenia paranoidalna (najczęściej), schizofrenia lekooporna (był okres, kiedy leki mi nie pomagały, były źle dobrane lub... hm... nie brałam ich regularnie) i diagnozy psychologiczne: osobowość unikająca, ostatnio schizoidalna (zaburzenie osobowości). Jestem w psychoterapii od ponad 10 lat, trochę krócej w leczeniu farmakologicznym. Od momentu zachorowania prowadzę samotniczy tryb życia, często czuję bezsens istnienia, popadam w stany apatii i bezczynności. Jednak mój stan psychiczny zdaje się poprawiać z roku na rok dzięki wsparciu terapeuty i pozostałemu leczeniu (zaostrzenia są krótsze, łatwiej je opanować, a czas pomiędzy nimi upływa przyjemniej).
Kryteria diagnostyczne osobowości schizoidalnej wg DSM-IV:
1. brak ochoty na oraz przyjemności z bliskich związków, wliczając w to bycie członkiem rodziny
2. niemal ciągłe wybieranie zajęć samotniczych
3. małe - o ile jakiekolwiek - zainteresowanie doświadczeniami erotycznymi z innymi ludźmi
4. czerpanie przyjemności z niewielu - o ile jakichkolwiek - rodzajów zajęć
5. brak bliskich przyjaciół lub powierników innych niż bezpośredni krewni
6. wrażenie bycia obojętnym na pochwały czy krytyki wygłaszane przez innych
7. okazywanie chłodu emocjonalnego, dystansu lub spłaszczonej uczuciowości
Kryteria diagnostyczne schizofrenii wg DSM-IV:
1. W okresie miesiąca występują 2 lub więcej z następujących objawów: urojenia, omamy, formalne zaburzenia myślenia, znaczne zaburzenia zachowania o cechach dezorganizacji albo katatoniczne, oraz objawy negatywne, takie jak spłycenie afektu, alogia lub awolicja. W pewnych przypadkach wystarczy jeden objaw z tej grupy, np. kiedy urojenia są dziwaczne, bądź też omamy mają charakter komentujący myśli lub zachowanie pacjenta lub są głosami konwersującymi.
2. Obniżenie funkcjonowania społeczno-zawodowego.
3. Czas trwania choroby: 6 miesięcy, z tym że przez 1 miesiąc objawy muszą być wyraźne.
4. Nie rozpoznaje się schizofrenii w przypadku dominujących zaburzeń nastroju lub kiedy zaburzenie jest wyraźnie efektem nadużywania substancji psychoaktywnych lub wynika z ogólnego stanu zdrowia.
5. Nie rozpoznaje się schizofrenii w przypadku przetrwałych zaburzeń rozwojowych, do których należy na przykład autyzm, jeżeli w ciągu miesiąca urojenia i omamy nie dominują w obrazie chorobowym.
DEZYDERATA:
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.
O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoja opowieść.
Unikaj głośnych i napastliwych - są udręką ducha.
Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.
Niech Twoje osiągnięcia zarówno jak plany będą dla Ciebie źródłem radości.
Wykonaj swą pracę z sercem - jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz
w zmiennych kolejach losu.
Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa.
Niech Ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów
i wszędzie życie pełne jest heroizmu.
Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia.
Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.
Przyjmij spokojnie co Ci lata doradzają z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości.
Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny.
Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj.
I czy to jest dla ciebie jasne, czy nie - wszechświat bez wątpienia jest na dobrej drodze.
Tak więc żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje,
czymkolwiek się trudzisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia, w zgiełkliwym pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą.
Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.
Bądź pogodny. Dąż do szczęścia. (Max Ehrmann)